Szłam chodnikiem wzdłuż równo przyciętego żywopłotu, z którym dzielił mnie tylko biały płotek. Zatrzymałam się i rozejrzałam po okolicy miejsca, w którym byłam. Wszystko tu było takie ... Nijakie ... Wszystko było ... Identyczne? Nie no, bez przesady. Było podobne. To chore, żyje w tej dzielnicy na codzień, a stąd tylko mój dom się bardziej wyróżnia. Można stwierdzić, że jest za nowoczesny do tej okolicy.
Viola, idź przed siebie. Jeszcze się spóźnisz na spotkanie, przy którym nawet nie było wyznaczonej godziny. - pomyślała idąc przed siebie. - Chociaż ... Leon nie wkurzyłby się nawet jakbym przyszła tam dopiero za 2 godziny.
W końcu, gdy wyszła z tej nudnej dzielnicy, w której żyli sami nudni ludzie, patrząc przykładem jej ojca, zobaczyła część miasta, która tętniła życiem - park. Ludzie spacerowali, rozmawiali, śmiali się. Kochałam oglądać ludzi robiących takie codzienne rzeczy. Nie, żebym obserwowała ludzi i miała jakieś złe zamiary. Co to - to nie. Jestem zwykłą dziewczyną. Nastolatką. A właściwie to już kobietą.
Gdy weszłam w głąb parku zobaczyłam go. Siedział z gitarą. Z gitarą? Zazwyczaj widzę go jak gra na keyboardzie.
Zaskoczę go. - przyszła mi myśl do głowy, więc zaczęła się skradać, idać na paluszkach i powoli. Kiedy już miałam zakryć oczy i zapytac "Kto to?", Chłopak odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami, po czym uśmiechnął się. Miał niesamowity uśmiech. Niejedna dziewczyna, by zemdlała na jego widok. No i ja czułam jak nogi się pode mną uginają.
- Cześć, Violu. Dlaczego tak stoisz? Nie usiądziesz? - pokazał ręką na miejsce obok siebie. - No chyba, że się mnie boisz.
Podeszłam do niego i pocałowałam go. No i znowu to wspaniałe uczucie, które czułam przy jego każdym pocałunku.
- Nie boję się, ale ty powinieneś. - zrobiłam minę, która miała pokazywać moje niecne zamiary, ale chyba mi nie wyszło, ponieważ chłopak wybuchnął śmiechem. - Co? Nie wierzysz we mnie? Leon, ty jeszcze o mnie wszystkiego nie wiesz!
- Ale to co wiem mi starcza. - spojrzał mi głęboko w oczy. Tak głęboko, że aż przeszły mnie dreszcze. - Viola, wiesz że cię koch ....
Nagle zadzwoniła mój telefon. Szlag mnie trafi, uwielbiałam jak wyznawał mi swoje uczucia. Jeżeli to mój ojciec to zawsze trafi w idealny moment, by mnie wkurzyć. Wyjęłam swój telefon z torebki. Na wyświetlaczu pojawił się napis "Camila". Hmm.. Dawno nie rozmawiałyśmy. A nie, wczoraj byłyśmy razem w Resto Bandzie.
- Vio.. Viola, Fra-a-a-an - ledwo co mogła mówić, cały czas płakała. - J-j-jes-s-stem w szpitalu. Fran wracała z-z-z-z trasy-y-y i .... - dziwne. Dziewczyna nigdy się nie denerwowała. W końcu ktoś zabrał jej telefon. Usłyszałam w słuchawce męski głos. Znałam go doskonale, to był Maxi.
- Viola, przyjedź jak najszybciej do szpitala. Francesca leży, nie wiemy dokładnie co się stało. Wracała z trasy po Europie i chyba ją ktoś potrącił jak przechodziła przez ulicę, z tego co wiemy - powiedział trzeźwo mój przyjaciel. Nie był w szoku, ani przestraszony. No chyba, że starał się to ukryć. Nie wszystkie jego słowa do mnie od razu doszły.
- Ale jak to? - spytała, byłam w szoku.
- Oj, nie wypytuj, tylko przyjedź tu jak najszybciej to ci wszystko wytłumaczę. - powiedział i się rozłączył. To było chamskie.
- Leon ... Fran .... - nie mogła skończyć, cały głos mi się trzęsł. Chłopak delikatnie dotknął mojego policzka, ocierając moje łzy.
- Nie płacz... Mów, co się stało. - mówił spokojnym i łagodnym głosem, który mnie uspokoił.
- Wsiadaj na motor! - zakomendowałam.
- Co? - był zdziwiony, tak, wiem. Nigdy nie byłam tak stanowcza.
- Jedziemy do szpitala.
- A co? Rodzisz? - zażartował. To nie było zabawne, kopnełam go w kostkę.
- Jedziemy do szpitala. - byłam wściekła, nie panowałam nad sobą. - Fran się coś stało, więc odpalaj ten swój pojazd i jedziemy albo ci go zabiorę i sama pojadę.
Patrzył na mnie i wyglądał jakby nie dowierzał co słyszy. Tracimy cenny czas.
- Odpalaj ten swój motor i jedziemy! Nie będę czekać, aż przywykniesz, że to ja teraz rządzę. - sama tego nie zauważyłam, ale chyba na niego krzyczałam. Przechodnie zatrzymali się i oglądali jak go tresuję. - Nie macie własnych zmartwień! - krzyczałam do nich. - Nie gapcie się tak, bo nie ręczę za siebie! - zobaczyłam jak cała publiczność się oddala. - A teraz jedziemy! Już!
Chłopak zerwał się na równe nogi i odpalił swój motor.
- Jedź szybciej, bo się spóźnimy. - krzyknełam na niego.
- Kochanie, czy będziesz tam czy nie to jej nie pomożesz. - powiedział spokojnym głosem, który chyba miał mnie uspokoić Zadziałam odwrotnie.
- A skąd wiesz? - zapytałam się go, ale doszło do mnie, że to głupie pytanie. - Tak czy siak muszę tam być. Muszę wiedzieć, co się z nią dzieje. Inaczej to chyba ja się zabije.
Chłopak jechał i wcale nie przyśpieszał. Zaczeło mnie to wkurzać. Musze tam być. Żałuje, że nie umiem prowadzić. Zauważyłam, że wraz z naciskiem na jeden z tych. No tych, takich jakby hamulców od roweru zmienia się prędkość. Castillo, ale ty jesteś mało inteligentna. Nawet nie wiesz jak to się nazywa, a myślisz że wiesz do czego to służy.
- Leon, prosze. Przyśpiesz. - błagałam go. Nie zadziało. No cóż, pora na bardziej radykalne środki. Położyłam rękę na tym dziwnym czymś, co przyśpiesza motor.
- Nie rób tego. - usłyszałam lęk w jego głosie. Tak, to to co myślę.
Zacisnełam rękę i teraz wszystko działo się za szybko, by to opisać. Ostatnie, co odnotowuje to krzyk Leona i pisk opon, ale nie naszych:
-Czerwone!
**Marco**
Wbiegłem do szpitala z impetem, że aż w drzwiach z trudem zatrzymała mnie pielęgniarka.
- Proszę pana, domyślam się, że tutaj leży ktoś z rodziny czy jakaś miłość, ale proszę się uspokić, bo denerwuje pan naszych pacjentów, a my dbamy o ich dobro. - rzekła łagodnym głos jakaś dziewczyna. Blondynka.
- Nie rozumie pani. Tu jest najwspanialsza dziewczyna ... - powiedziałem zdyszany. - .. i muszę ją zobaczyć, a co jeżeli zobaczę ją ostatni raz w życiu?
- Tak, tak. To straszne. - wydawało się, jakby moje słowa nie robiły na niej wrażenia. - Tam jest recepcja. - wskazała placem i odwróciła się do mnie. - Zapytaj się, w której ona jest sali i idź do niej, bo jeszcze jej nie zobaczysz. Tylko nie biegnij. - nakazała mi i odeszła, a ja od razu rzuciłem się w stronę recepcji.
Stała tam niska brunetka, na około 60 lat.
- Gdzie mogę znaleźć Francescę ... Hmmm .. Jak ona miała na nazwisko ... - zaczełem myśleć. Nie mogłem myśleć.
- Widzę, że wspaniale się znacie. - powiedziała z ironią.
- Pani, mnie stresuje. - kobieta patrzyła na mnie jak na osobę z jakąś wadą umysłu. - No co? Nigdy tak pani nie miała, że na kimś zależy, a z nim się coś poważnego stało i się nazwisko zapomina?
- No wiesz, kiedyś byłam zako....
- Capuletti!* - przerwałem kobiecie. - Capuletti Francesca. W której jest sali?
- A już myślałam, że Julia. - zaczeła się śmiać. To nie zabawne. Kobieta zaczeła wpisywać tak powolnie na komputerze, że myślałem, że się nie doczekam. W końcu się odezwała, nie było to to na co czekałem. - A czy jest pan kimś rodziny.
- Nie.
- To nie mogę tego zdradzić. - uśmiechneła się arogancko.
- To się sam do wiem. Usiadłem na recepcji i szybko zajrzałem do komputera. Sala 9. - No to, dziękuje za pomoc. - zeskoczyłem z lady i pobiegłem do sali 9. Ostatnie co usłyszałem z ust recepcjonistki to: - Ochrona! Ochrona!
Biegłam przed siebie, po drodze mijałem sporo sal. Na końcu korytarza zatrzymałem się przed drzwiami z napisem "9". To to. To tu leży Fran.
Nacisnąłem na klamkę i drzwi się otworzyły. Wewnątrz siedzieli Camila i Maxi. Dlaczego ich wpuścili, a mnie nie.
- Jak się tu dostaliście? Nie jesteście z rodziny. - zapytałem z niedowierzenie.
- Trzeba było powiedzieć, że jesteś z rodziny. My podobno jesteśmy jej kuzynami. - zaśmiał się Maxi.
- Co z Francescą? - patrzyłem na dziewczynę.
- Jest w śpiączce. - zobaczyłem Camile całą zapłakaną.
- Co? - krzyknąłem. - To niemożliwe! Ale wszystko w porządku? Prawda? - zacząłem chodzić po całym pomieszczeniu w jedną i drugą stronę. W końcu zatrzymałem się przy oknie i oparłem się dłońmi o parapet.
Usłyszałem śmiech za swoimi plecami. Doskonale wiedziałam kto się tak śmieje. Znam ten śmiech doskonale.
- Francesca?! - krzyknełem szczęśliwy. Odwróciłem się w stronę dziewczyny, który nie mogła się powstrzymać od śmiechu i zasłaniała dłońmi twarz.
- Co się tak martwisz. To nie było nic takiego. Po prostu mnie samochód trafił i się wywróciłam, ale mój menadżer był zmartwiony i zadzwonił na pogotowie. Nawet nie zabolało, samochód nie był rozpędzony i tylko trochę mnie szturchnął, bo od razu się zatrzymał.
- I to jest dla Ciebie nic? - nie wierzyłem temu co słyszę.
- No wiesz, to moja wina. Mogłam się rozejrzeć. Jestem wdzięczna kierowcy, że w porę się zatrzymał. - oparłem się o stolik, który stał koło jej łóżka, a on przewrócił się pod moimi naciskiem i wylądowałem na podłodze. Francesca wybuchła śmiechem.
- Nic Ci nie jest? - powiedziała uśmiechnięta Camila. - Nie martw się Fran, jak ją walną samochód to coś jej się chyba w głowie poprzestawiało, bo teraz nie może się przestać śmiać.
Francesca wstrzymała oddech i go wypuściła. Uspokoiła się.
- Mogę przestać się śmiać! - zrobiła minę przypominającą naburmuszone dziecko, które chce udowodnić, że wszystko doskonale wie, ale po chwili znów się śmiała.
- Dobra, my z Maxim idziemy do Violi. Miała tu przyjść, a jej nie widzę. Martwię się i mam złe przeczucia. - Camila podniosła się i pociągneła za sobą Maxiego.
- A po ci ja? - chłopak starał się wyrwać dziewczynie.
- Jakbym się wkurzyła, że nie przejeło ją, że Fran jest w szpitalu. - wypchneła wkurzona Maxiego za drzwi i tylko przed wyjście odwróciła się i pożegnała.
Spojrzałem na Francescę, wyglądało jakby nic jej nie przejmowało to, że leży w szpitalu.
- Jak tam trasę koncertowa po Europie? - zapytałem. - Będziesz teraz sławna?
- Oj, nie, nie. Byłam tylko w chórku sławnej osoby, ale to co widziałam było niesamowite. - w tym miejsce zaczeła swój wywód o wieży Eiffla, o Stonehange. Z każdym wypowiadanym jej słowem upewniałem się, w swoich uczuciach. Już chciałem jej przerwać, ale doszła do Hiszpani i zapytała: - Pamiętasz Tomasa? Opowiadałam Ci o nim.
- To ta sierota, która nie umie nic zrobić? - odpowiedziałem z chytrym uśmieszkiem.
- Nie mów tak o moim chłopaku.
**Tomas**
Dawno tu nie byłem. Sporo się zmieniło. Ja też się zmieniłem.
Już nie jestem taką ciamajdą jak kiedyś. Jestem bogiem seksu. - pomyślałem, gdy zobaczyłem śliczną blondynkę, ale niestety twarzy nie widziałem. Miała wspaniałe, długie włosy i zgrabne nogi... Aż chciałoby się ....
Hmmm.. Co by tu zrobić by się wywróciła? - zacząłęm planować, aż zauważyłem pieska, który szedł chodnikiem. Postanowiłem kulturalnie poprosić go o przysługę:
- Ej, ty.... - zwierzak odwrócił swój łepek w moją stronę. - Widzisz tą fajną laskę po drugiej stronie ulicy, która rozmawia przez telefon. - najlepszy przyjaciel człowieka spojrzał na nią i znów skupił swój wzrok na mnie.
Niektórym wydałoby się to dziwne, ale gdy z nim rozmawiałem czułem się, jakbyśmy znali się od lat.
- Weź ją wywróć jak zacznie iść. - pies pokiwał głową. - no weź, zostaniemy kumplami. - wyglądał na oburzonego. Dopiero teraz ogarnąłem, że to ona. - Ej, dziewczyna. A wiesz, że tamta ma ładniejsze od ciebie futerko. Przydałoby się wyeliminować.
Chyba w końcu mnie zrozumiła, bo ruszyła się w stronę blondynki, ale wróciła do mnie i .... Podniosła swoją noge przy mojej nodze i .... no, załatwiła potrzebę.
- Głupia suka! - krzyknąłem, a wtedy blondynka się odwróciła. To była Ludmiła.
- Hej, Tomi. - podeszła do mnie i wtedy nadjechało dwóch skate'ów, potrącili ją, ja chwyciłem ją w talii. Ja to mam szczęście. - pomyślałem, po czym rzekłem z uwodzicielskim spojrzeniem jak zawsze u mnie:
- Uważaj złotko, bo Tomasek cię złapie nim wpadniesz w błotko. - Ludmiła zarechotała, po czym przybliżyliśmy nasze wargi i pocałowaliśmy się. To było coś cudownego. Smakowała maliną, a właściwie to może maliną. Nie wiem. Jedno to samo
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz