**Camila**
Przysiadłam na murku, który był niedaleko, ponieważ z tych wiadomości nogi się pode mną załamywały. Fajny dowcip, tylko mało zabawny. - pomyślałam obejmując siebie rękoma.
- Emmm.. Muszę iść. - wymamrotałam, a on na mnie spojrzał na mnie z zadziwieniem. - Mama kazała mi wcześniej wrócić, bo... ee.. Mój dziadek... eee.. Już idę.
- Nie było twojej mamy, kiedy po Ciebie przyszedłem. - zatrzymał mnie w pół kroku.
- Nie zauważyłeś jej. - odpowiedziałam, po czym szybkim krokiem oddaliłam się od chłopaka.
Zboczyłam z głównej drogi i dalej szłam wąską dróżką w kierunku domu Violi. To taki skrót, który kiedyś poznałam, a teraz może się przydać... Tylko ona pewnie jest teraz z Leonem.
Gdy byłam już u progu domu przyjaciółki zawahałam się, ale przede mną pojawiła się niewysoka gosposia pracująca u pana Castillo. Kobieta uśmiechneła się i przywitała ze mną:
- Dzień dobry, Camila. - skineła głową Olga. - Violi na razie nie ma, ale może za chwilę wróci. - chciałam się wycofać i wrócić do siebie albo pójść do Fran, ale brunetka mnie zatrzymała. - Możesz na nią poczekać. Miło będzie mieć z kim porozmawiać. - uśmiechneła się. - Violetta kiedyś zwierzała mi się ze wszystkiego, ale od kiedy jest z Leonem to ma swoje sekreciki. - posłała mi oczko.
Przeszłam przez drzwi wejściowe i znalazłam się w wielkim domu mojej przyjaciółki.
- Chodź. - zawołała kobieta z kuchni, w której już była. - Usiądziesz ze mną i porozmawiamy.
- Nie chcę pani przeszkadzać w pracy. - Olga nie przejeła się tym i wyciągneła skądś nie wiem skąd siedzenie, po czym wskazała na nim dając mi znak, bym na nim usiadła.
Gospodyni przysiadła na przeciwko mnie.
- To co tam Viola przed nami ukrywa? - zapytała z zaciekawieniem.
- Pewnie nie wiem więcej niż pani.
- No wiadomo. - Olgita wydawała się z siebie dumna. - Ja wiem wszystko. Najlepsze ploteczki mam, ale chciałam wiedzieć coś więcej. I mów mi Olga. Pani mnie postarza.
- Dobrze, Olgo.
Kobieta zaczęła opowiadać jakieś nowości, które wie. O tym co było w ostatnim odcinku jakiejś telenoweli. O tym, o czym opowiadał cały "Zbuntowany anioł" i jakie to straszne, że już się skończył. Zaczęła się rozprawiać o dzieciach Brooke, a z tego co mi wiadomo to ten serial leci tak długo, że ta kobieta już chyba powinna być bezpłodna, a nadal się rozmnaża.
- Oj...Milagros mi mówiła, że sąsiadka dziewczyny u której pracuje to zaprosiła do siebie jakiegoś chłopaka i do teraz nie wyszedł, a już 17. Jeszcze ta dziewczyna mieszka bez rodziców, a brat wyjechał do babci. - rozprawiała Olga. - Ta dzisiejsza młodzież. U nich życie nie kończy się na "Niewolnicy Isaurze". - chlipała. - Ja to codziennie oglądałam! To było takie piękne.
- No niestety. - pogładziłam gospodynie po ramieniu, która zaczęła płakać.
**Angie**
- Gratuluje pani - uśmiechnął się ginekolog. - Ma pani śliczną i zdrową córeczkę.
- Już oceniamy wygląd? - zapytałam zdziwiona. - Przecież to tylko dziecko. Jak można oceniać, że śliczną. Przecież jeżeli nie urodzi się taka ładna to później będzie na mnie zła.
- Proszę się tak nie przejmować. - roześmiał się lekarz. - Każde dziecko jest urocze.
- No wiem.... - zaczęłam masować się po głowie. Ostatnio nie myślę. - Przepraszam, jestem przewrażliwiona. Do widzenia. - pożegnałam się z lekarzem.
Wychodząc z gabinetu dotknełam brzucha, a mała kopneła tak mocno na moje zastanawianie się, czy powinnam powiedzieć o niej Germanowi, że to chyba był znak, że tak.
Siedząc już na ławce przed budynkiem wyciągnełam telefon z tylniej kieszeni spodni. Przejrzałam dokładnie listę telefoniczną i wybrałam numer mężczyzny. Dwa sygnały i...
- Dzień dobry. - usłyszałam w słuchawce miło głos asystentki. - Tu biuro Germana Castillo. Z kim mówię? - zapytała, ale coś mi się wydawało, że zaraz mnie spławi z tekstem "Właściciela nie ma. Proszę zadzwonić później, ale i tak najprawdopodobniej wtedy pani z nim nie połącze."
- Witam, jestem Angie Saramego. Rodzina pani szefa. - zawahałam się, już czułam, że kobieta chce mnie spławić, ale po chwili dodałam: - Jak nie zostanę z nim połączona to poinformuje szefa o pani niekompetencji i gwarantuje, że dostanie pani wymówienie jeszcze dzisiaj.
- Proszę o chwilę. - powiedziała kobieta. - Muszę to skonsultować to z panem Castillo. - odeszła, ale chwilę później wróciła. - Zaraz z panią porozmawia, przerzucę panią na jedną z linii. Będzie musiała pani chwilę poczekać.
- Oczywiście.
Czekałam dosłownie sekundę jak już mężczyzna odebrał.
- Co się dzieje, Angie? - zapytał. - Chcesz dzisiaj wpaść? Dawno się nie widzieliśmy.
- Chce porozmawiać. - szybko dodałam. - Jutro. Gdzie tylko chcesz.
- Dobrze. - zgodził się mężczyzna. - Jeszcze się z Tobą skontaktuje, a teraz muszę kończyć, bo za chwile mam ważną telekonferencje z Chin. Do zobaczenia.
Schowałam telefon i podniosłam się ze swojego miejsca w kierunku domu.
- To może być twój tatuś. - wyszeptałam do brzucha, a chwilę potem poczułam silne kopnięcie. - Też go niezbyt lubię, ale jest taka możliwość. - pogładziłam się po brzuchu.
**Violetta**
To dopiero przeżycie spadać z takiej wysokości i żeby nic się nie stało. Może jeszcze kiedyś to powtórzymy, bo chyba Leonowi też się podobało.
Spojrzałam na chłopaka i od razu wybuchłam śmiechem.
Leżał na ziemi i wymachiwał rękoma w każdym kierunku świata.
- Nie chce umierać! - krzyczał.
- Leon. - dotknełam jego ramienia i wyciągnełam go spod spadochronu. Patrzył na mnie i wyglądał na najwszczęśliwszego człowieka na Ziemii.
- Już zlecieliśmy na dół. - pogłaskałam go po policzku, a on zaczął przeczesywać podłoże rękoma.
- Ja żyje! - wołał. - Słyszysz, Viola?! Ja żyje!
- Słyszę, słyszę. - popatrzyłam na niego. - Wracamy?
Chłopak nerwowo wiercił się na zielonej trawie.
- Ja chcę do mamy. - rozpłakał się i skulił w kłębek wełny, obejmując nogi ramionami. - To bylo straszne nawet z zamkniętymi oczami. Chcę do mamy.
Przeszukałam rzeczy Leona w poszukiwaniu telefonu. Wybrałam numer z podpisem "Mama" i ledwo usłyszałam sygnał, a rozbrzmiał kobiecy głos.
- Co się stało, Leon? - zapytała jego rodzicielka.
- Tu Violetta. - powiedziałam łagodnym głosem. - Mam tu mały problem z pani synem. Skakaliśmy ze spadochronu i on....
- Leoś skoczył ze spadochronu? - usłyszałam zadziwienie w jej głosie. - Przecież on ma lęk wysokości.
- Nie wiedziałam. - wyszeptałam do słuchawki. - On teraz leży i woła do pani, nie wiem co robić, bo nie zwraca uwagi na to, że jestem koło niego. - wraz z kobietą zgadaliśmy się, podałam jej miejsce, w którym jesteśmy, a ona oświadczyła, że będzie tu za lada moment.
Nie przesadzała z tym czasem. Zjawiła się tu chwilę po moim telefonie i razem zaciągnełyśmy szatyna do samochodu i rozłożyłyśmy na tylnym siedzeniu, jego głowę położyłam sobie na kolanach. Zauważyłam jak w drodze powrotnej zaczął się podnosić.
- Violetta.... - wyjąkała, trochę zestresowany tym swoim zachowaniem. - Ja Cię przepraszam. Po prostu się przestraszyłem.
- Oj, Leoś. - uśmiechneła się i przeczesałam jego włosy.- Było powiedzieć, że masz lęk wysokości.
- Co? Ja? Nie! Nigdy w życiu! - zaprzeczał chłopak, co tylko doprowadziło mnie do jeszcze większego rozbawienia. Leon zrobił minę obrożanego dziecka, które nie dostało jakiejś fajnej zabawki.
Kiedy samochód dojechał na podjazd przed domem państwa Verdas, postanowiłam że wrócę do siebie do domu, ale mama Leona była szybsza i zaprosiła mnie do nich na kolacje.
Usiadłam wraz z rodzicami Leona przy wielkim stole i chwilę potem pojawiły się sporo jedzenia.
- Ja dziękuję, pani ale nie jestem głodna. - starałam się, by zabrzmiało to jak najmilej.
- Nie mów mi pani. Sophia, a to mój mąże Jose. - pokazała na mężczyznę siedzącego przy stole. - Twój ojciec to nasz dobry przyjaciel, więc bądźmy po imieniu.
- Tak, strasznie dobry. Tylko nasze kontakty się urwały, kiedy nasza firma miała problem finansowe. - burknął ojciec Leona.
- Verdas! - warkneła mama Leona. - Przepraszam, Violu za jego zachowanie. Źle go wytresowałam.
- Wytresowała go pani? - miałam wrażenie, że zaraz zaniemówię.
- Co? Nie! - zaśmiała się kobieta. - Powiedziałam, że twój ojciec to wspaniały mężczyzna.
- Nie musi pani kłamać. - powiedziałam. - Znam go i wiem jaki jest.
Leon wyglądał na zawstydzonego. Podniósł się ze swojego miejsca i chwycił mnie za rękę, po czym zwrócił się do rodziców jak najmilej.
- My już idzi...
- Siadaj, Leon! - przerwała mu jego mama, ale chwilę później dodała. - Nie wypada tak bez pytania wyciągać damę.
- Nie, proszę pani. - powiedziałam. - Leon ma rację, muszę już wracać, bo mój tata pewnie się martwi. Jest strasznie nadopiekuńczy. - podniosłam się ze swojego miejsca.
Gdy oddaliliśmy się od domu mojego chłopaka przytuliłam się do niego.
- Ostry rygor wprowadza twoja mama. - szepnełam rozbawiona.
- Chce wypaść jak najlepiej przed każdym. - odpowiedział, po czym pociągnął mnie w stronę mojego domu i na pożegnanie dodał: - Jutro Ci to wynagrodzę.
**Marco**
Gdy się obudziłem leżałem na kanapie u Francesci z wtuloną we mnie dziewczyną. Byłem nagi i z początku nie mogłem sobie przypomnieć co działo się, jak u niej byłem. Spojrzałam na zegarek i okazało się, że jest siódma, następnego dnia, czyli nocowałem u niej.
Założyłem swoje bokserki, po czym podniosłem brunetkę i wniosłem po schodach do jej pokoju. Zszedłem na dół i widząc bałagan w salonie postanowiłem tu trochę posprzątać.
Znalazłem duży, czarny worek na śmieci i pozbierałam do niego porozrzucane chusteczki oraz kawałki rozbitej filiżanki.
Wyszedłem na dwór do dużego śmietnika i dopiero, gdy wracałem i zobaczyłem skupione spojrzenie sąsiadki włoszki przypomniałem sobie, że jestem w samej bieliźnie.
- Dzień dobry. - przywitała się dziewczyna stojąca za płotem, chyba z rok od nas młodsza. Lustrowała mnie od pasa w dół. - Może chciałbyś wpaść do mnie i się lepiej poznać?
- Nie, niestety nie mam czasu. - odmówiłem jej propozycji i wszedłem znów do domu Francesci. Zebrałam poduszki i ułożyłem je na kanapie, a potem ułożyłem nasze rozwalone w każdym kącie ubrania.
Klucz od jej domu leżał na stoliku kawowym, więc wziąłem go i zakmnąłem śpiącą dziewczynę.
Ruszyłem w stronę najbliższego sklepu spożywczego.
- Dzień dobry. - powiedziałem i kupiłem rzeczy z listy, którą sobie zapisałem co będzie mi potrzebne na śniadanie dla włoszki. Obsługiwała mnie opalona z nienaturalnie jasnymi włosami młoda kobieta, która tak samo jak sąsiadka Francesci przyglądała mi się z uwagą, a ja znów spojrzałem na siebie.
- Czy to takie trudne się ubrać? - szepnąłem do siebie wychodząc z zakupami.
Gdy byłem już u włoszki w kuchni stwierdziłem, że zrobię któreś z dań z włoskich przepisów, które miała dziewczna, ale wyszło mi to tak dobrze, że zrezygnowałem z tego i zrobiłem po prostu jajecznicę.
Gdy otworzyłem drzwi od pokoju dziewczyna, ona już nie spała. Zastałem ją płaczącą na swoim łóżku. Miałem wrażenie, że kiedy mnie zobaczyła to wyglądała jakbym był złudzeniem.
- Mam tu dla Ciebie śniadanie, kochanie. - uśmiechnąłem się, a ona otarła łzy z policzków.
- Nie mogłam spać pół nocy, bo myślałam, że jak się obudzę to ty już znikniesz. - powiedziała, a po chwili zobaczyłem, że płaczę. - Jak się obudziłam to Ciebie nie było. - podeszłem do niej odstawiając tacę z jedzenie na szafce nocnej. Przytuliłem ją najmocniej jak umiałem. - Ale jesteś....
- Dlaczego miałbym nie być? - zapytałem i popatrzyłem jej w oczy.
- Ponieważ mnie zaliczyłeś no to na co Ci ja. - chlipała. - Pewnie myślisz, że jestem jakaś puszczalska po tym co się wydarzyło.
- Francesca... - zacząłem, po czym westchnąłem ciężko. - Mówię Ci to już któryś raz, ale tym razem tego nie cofnę. Kocham Cię, więc dlaczego miałbym Cię zostawić?
- Jestem głupia.... - wymamrotała.
- Chodź, ubieramy się. - zakomendowałem na nią. - Udowodnię Ci to co czuję!
- Nie musi.... - Nie do kończyła, bo szybko jej przerwałem.
- Muszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz