**Marco**
Gdy dobiegł do masywnych, brązowych drzwi od domu Francesci zacząłem pukać i walić w nie z całej siły, ale zero reakcji. Dziewczyna najprawdopodobniej postanowiła odciąć się od reszty świata. Ma ku temu doskonałą sposobność, nie ma jej brata, który wyjechał do Włoszech, a kto inny będzie miał klucze.
Siedziałem na srebrnym, zniszczonym, szpitalnym krześle. Obok mnie leżała na łóżku uśmiechnięta włoszka. Rozciągneła się leniwie na łóżku i odwróciła głowę w moją stronę.
- Mogłbyś pójść do mnie do domu i przynieść mi najpotrzebniejsze rzeczy. - chwyciła moją rękę. - Proszę, Tobie bardziej ufam niż bratu i nie chcę, by to on grzebał w moich rzeczach.
- Nie mam kluczy. - odpowiedziałem.
- Znajdziesz je za wielką donnicą przy drzwiach. - spojrzała mi w oczy z błagalnym spojrzeniem. - Proszę.
- No dobra. - dziewczyna podniosła się i pocałowała mnie w policzek.
- Dziękuje.
Zajrzałem do skrytki i faktycznie - był tam klucz do domu. Gdy otwierałem drzwi, one lekko zaskrzypiały i usłyszałem zachrypnięty głos dziewczyny dochodzący z salonu.
- Kto tam?
- Ja. - odpowiedziałem trochę zdenerwowany dodałem: - Marco.
- Poznałam głos.
Gdy wszedłem do pomieszczenia, w którym ona była zobaczyłem wszędzie porozrzucane chusteczki, poduszki w każdym kącie pokoju i stłuczoną filiżankę.
- Czego chcesz? - zapytałam wkurzona i popatrzyła na mnie ze złością we wzroku. - Nie powinieneś być teraz ze swoją dziewczyną. - zabrzmiało to tak dobitnie w mojej głowie, że nie byłem w stanie nic na to odpowiedzieć. - Zresztą, ty sam nie wiesz czego chcesz. Jak ja. Nie.. Ja nie wiem czego chce, ty wiesz.
- Chcę wiedzieć co się stało. - wykrztusiłem z siebie z wahaniem, bo sam nie wiedziałem jak sobie radzić z osobą w tak kiepskim stanie. - Ale jeżeli byś chciała, bym poszedł to cię bym wysłuchał.
- Tak, chcę byś stąd poszedł. - schowała głowę w poduszkach i zaczęła płakać.
- Ponieważ jesteś w tak kiepskim stanie, uznam że nie wiesz co mówisz i zostanę. - zbliżyłem się do Francesci i pogłaskałem ją po plecach. Kręciła się nie do zniesienia, ale starałem się był miły i czuły.
Obróciła w moją stronę głowę i wtedy ukazała mi się cała zapłakana, z zaczerwienionym oczami twarz. Nie wiem, czemu ale mimo wszystko wyglądała cudownie. Podniosła się na rękach i chwyciła za nogi, chowając pomiędzy nimi brodę.
Przesunełem się na kanapie i ją objąłem, a jej głowa wylądowała na moim ramieniu. Znów zaczęła płakać, a ja czułem jak moknie moja koszulka. Nie zwracałem jednak na to swojej uwagi. Pogłaskałem ją po włosach, a wtedy ona spojrzała mi w oczy, błyszczącym od łez swoimi oczyma.
- Dlaczego jesteś dla mnie tak dobry? - zapytała cały czas się we mnie wpatrując.
- Bo Cię kocham. - znów przez przypadek wypowiedziałem te słowa.
Włoszka wybuchła śmiechem. Chyba mi nie wierzyła.
- Już to kiedyś mówiłeś. - zaczęła. Prawda. - Ale chwile później to cofnąłeś. - dodała. - Ja od Ciebie niczego nie rządam, a ty wciąż to mówisz. Wiesz, co ja czuje, kiedy z twoich ust sypią się takie wyznania, a chwile potem widzę ciebie z moją najlepszą przyjaciółką?
- Wiem. Domyślam się. Przepraszam.
- Nie przepraszaj. - dotkneła mojej dłoni i zaczeła ją głaskać. - Nie chce, by ktoś mi próbowała wmówić jakieś kłamstwo. Ja wiem doskonale, że zostanę starą panną z trzydzieściorgiem kotów.
- Myśl jak chcesz. - zwróciłem się do Francesci. - Mam nadzięję, że będę jednym z tych kotów.
Spojrzała na mnie z niedowierzeniem, a chwile później po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
- Nadam im imiona każdych moich nieszczęśliwych zauroczeń. - powiedziała.
- Oryginalny pomysł. Trochę ich tam sporo, jak mam być trzydzieści kotów. - uśmiechnełem się do dziewczyny, która odwróciła wzrok w innym kierunku.
- Jak ktoś jest beznadziejny to ma tego sporo. - parsknęła okropnym śmiechem. - Mężczyźni są beznadziejni.
- Dziękuje.
Odwróciła się w moją stronę i przyglądała mi się dokładnie.
- Nie chodziło mi o Ciebie. Chodziło mi o facetów....
- Czyli teraz dopiero dziękuję. - przerwałem jej urażony, skoro nie jest pewna mojej płci.
- Mógłbyś poczekać do końca mojej wypowiedzi? - zapytała z wyrzutem. - Chodziło mi o facetów pokroju Tomasa, których płci do końca nie można stwierdzić. Ty jesteś prawdziwym mężczyznom.
Zbliżyła swoją twarz do mojej, a ja poczułem jej gorący oddech.
- No to już lepi... - przerwała mi, bo mnie pocałowała. - A to jeszcze lepiej brzmi. - oddaliłem się na chwilę, by dodać, a dziewczyna się zaśmiała.
Dotkneła mojego policzka i zaczeła go głaskać.
- Szkoda, że tacy faceci są zajęci.
- Nie są. - odpowiedziałem szybko i bez zastanowienia, po czym dodałem. - Razem z Camilą wymyśliliśmy, że zadziałamy na twoją zazdzrość. - zobaczyłem jak na twarzy dziewczyny pojawia się wiele emocji zaczynając od radości, a kończąc na złości. - To miało być, byś zwróciła na mnie swoją uwagę.
- A wcześniej nie zwracałam?
Przysunąłem się do niej i chciałem ją pocałować, ale mnie odepchneła i jeszcze raz zapytała.
- Wcześniej nie zwracałam na Ciebie uwagi?
- Tak mi się wydawało. - poczułem jak zaczyna mi się kręcić w głowie. Ona mnie za to znienawidzi. - Zrozum, musiałem coś zrobić. Każdy mój sms, czy rozmowa z Camilą był o Tobie.
Podałem dziewczynie swój telefon, a ta zaczęła z uwagą czytać.
- Skąd ty takie rzeczy wiesz? - popatrzyła na mnie z niedowierzeniem. - Pamiętasz dokładnie w co, kiedy byłam ubrana, jak byłam uczesana, co mówiłam. To trochę...
- Chore? - zapytałem, a dziewczyna kiwneła twierdząco głową. - Kiedy jestem przy Tobie odnotowuje tylko Ciebie. Tak jakoś wyszło.
- Tu jest opis każdego naszego pocałunku, czym pachniałam, gdzie to było, jak się czułeś. - popatrzyła na mnie i chwilę później poczułem jej ręcę na mojej szyi. - To też upamiętnisz?
Włoszka przeczesała moje włosy i jej pocałunek spoczął na mojej dłoni, a potem szedł coraz wyżej, aż jej usta spoczęły na moich. Francesce jednak nie chodziło tylko o pocałunek. Odchyliła głowę do tyłu, a ja zacząłem całować jej szyję.
Ściągneła moją bluzkę, a potem zaczęła rozpinać spodnie.
- Nie! - zatrzymałem ją.
- O co chodzi? - spojrzała na mnie, a ja zobaczyłem coś dziekiego w jej wzroku.
- Nie chcę Cię wykorzystywać, kiedy jesteś w takim stanie. - dziewczyna mnie zaczęła głaskać po policzku i przyglądać mi się z uwagą. - Nie wiesz, co robisz. Nie myślisz racjonalnie.
- Doskonale wiem, co robię i mam do tego prawo. - uśmiechneła się. - Jestem osobą dorosłą i panuje nad sobą i tym co robię. Jak nie chcesz to powiedz. Nie obiecuję, że Cię wysłucham.
- A jak zajdziesz w ciążę? - popatrzył na mnie.
- Daj spokój! - zawołała. - Od razu widzisz takie plany. Nawet jeżeli, to wiem, że nie zostawiłbyś mnie w takiej sytuacji. Ufam Ci i chcę tego. - chwyciła mnie za dłoń.
Przyciągneła mnie do siebie i zaczęła całować. Sam nie wiedziałem. Z jednej strony tego chciałem, ale z drugiej... Wydawało mi się, że ona robi to nieprzytomnie. Nie myśli po zerwaniu z Tomasem.
**Leon**
Viola wypchneła mnie z restauracji i kazała nie pytać o co chodzi.
- O co chodzi? - popatrzyłem na nią z zaciekawieniem, a ona wybuchła śmiechem.
- Mówiłam Ci, że masz o to nie pytać. - przybliżyła się do mnie i pocałowała mnie delikatnie, a ja już stwierdziłem, że nie ma o co pytać. Mogę poczekać.
Szliśmy w stronę, w której nigdy nie bywałem z Violą. Ciekawość mnie zżerała, co dziewczyna planuje, ale stwierdziłem, że poczekam aż samo się okażę.
Doszliśmy w jakieś dziwne miejsce, na którym stał wielki, czarny helikopter.
- Chcesz mnie wywieść z kraju? - zażartowałem, ale dziewczyna miała poważną minę, gdy wsiadaliśmy do śmiegłowca. - Zresztą, z Tobą to mogę wylecieć z kraju.
- Niestety, nie tym razem. - uśmiechneła się i mnie przytuliła. - Wiesz, jak za Tobą tęskniłam? Dlatego zrobimy teraz razem coś szalonego. Coś, co mu zostać zapmiętane.
- Oj, Viola. - zacząłem. - Wiesz, że nie zapomniałem Cię celowo.
Helikopter odleciał w górę, a ja nerwowo chwyciłem się siedzenia. No cóż - trochę zatrzęsło i się wystraszyłem, ale dla mojej dziewczyny jak zawsze to był powód do śmiechu.
Wznosiliśmy się do góry, aż nasz "pojazd" zatrzymał się na pewnej wysokości. Violetta podała mi dziwny plecak i kazała się podnieść. Nie wiedziałem, o co chodzi.
- No więc tak. - zaczęła swoja wypowiedź szatynka. - To jest spadochron. Za chwilę otworzę drzwi i skoczymy w dół. Wystarczy, że w odpowiednim momencie pociągniemy za ten sznurek, a on się otworzy, no i nam się nic nie stanie. - podniosła na mnie wzrok. - Podoba się niespodzianka?
- Tak, ale.... - zawahałem się. Przecież jak to powiem to może się okazać, że jestem głupi i mało inteligentny, a przecież nie jestem. - Dlaczego jest tylko jeden spadochron.
- Stwierdziłam, że lepiej ... - pogładziła mój policzek. - Romantyczniej będzie jak podczepimy się pod jeden.
- A to bezpieczne? - zapytałem ze słyszalnym lękiem w głosie. Ale ze mnie mężczyzna, boję się skoczyć ze spadochronem. Dla Violi to bym i bez niego skoczył.
- Nie martw się, aż tak. - podniosła coś, co leżało obok nas. - Załóż to.
Ubrałem się w strój, który mi podała dziewczyna i oboje zbliżyliśmy się do drzwi, wcześniej zapięci przez jednego z kierowców śmigłowca, który nam podał najważniejsze wskazówki odnośnie takiego skoku.
Po rozmowie z nim stwierdziłem, że musi być to całkiem fajna zabawa.
W końcu Brooke z "Mody na sukces" skoczyła z wieży Eiffla i przeżyła to i ja mogę. Chociaż .... Ona to chyba była nieśmiertelna albo coś w tym stylu. - moje rozmyślenia przerwała mi Viola:
- Znów analizujesz jakiś odcinek telenoweli, który byłby adekwatny do tej sytuacji? - popatrzyła na mnie ironicznie, ale kiedy zrozumiała, że to prawda wybuchła śmiechem. - Nie rozumiem, jak możesz mieć taką dobrą pamięć do telenoweli. - pocałowała mnie w policzek.
Mężczyzna zapiął na nas spadochronu, w sposób, którego nie zdążyłem odnotować i zapamiętać, bo właśnie przypominałem sobie odcinek którejś z telenoweli, która leci w środy.
- Leon. - zawołała szatynka.
- Tak?
- Skaczemy! - krzykneła, jednocześnie otwierając drzwi helikopteru.
**Camila**
Gdy leżałam sama w swoim pokoju ciesząc się propozycją pracy od Pablo zadzwonił mój telefon i wybudził mnie z marzeń o wspólnej pracy z moimi przyjaciółmi. Na wyświetlaczu pojawił się napis "Dionisio" - powinnam zmienić tą nazwę, bo brzmi zbyt poważnie.
- Cześć, Dj. - przywitałam się z chłopakiem.
- Hej, Camila. - usłyszałam ekscytację w jego głosie, kóra pojawiła się po tym jak usłyszał mnie. Tak mi się wydało. - Co u Ciebie? Wyjdziesz gdzieś? - był podekscytowany.
- No, jasne. A co się tak cieszysz, bo tak mi się wydaje po głosie? - zapytałam.
- No... Ty już o tym wiesz. Spotkałem Pablo i mi też powiedział, bym przekazał to reszcie, że będzie uczyć w Studiu... O ile się zgodzicie. Ja jestem asystentem Beto, to będziemy razem pracować.
- Nie no... Fajnie. - ucieszyłam się. Lubiłam go, Dj to dobry przyjaciel. - To gdzie chcesz się spotkać?
- Nie wiem.... - wahał się chłopak. - Mam ochotę popływać. Idziesz na plażę?
- No spoko.
Chłopak rozłączył się, a ja zbliżyłam się do szafy i zaczęła szukać kostiumu. Znalazłam go na ostatniej półce. Zastanawiałam się, czy brunet byłby zły, gdybym zadzwoniła i zaprosiła resztę.
Dzwonię do Francesci - nic. Poczta głosowa.
Maxi. Nie może. Idzie na randkę z Naty, czyli Naty też mogę wykluczyć.
Marco. Nic. Pobiegł za Fran i oboje nie odbierają. Może powinnam się martwić?
Ludmiła. W gruncie rzeczy, to ją nawet lubię od jakiegoś czasu, ale boję się, że wyciągnie ze sobą Tomasa i nie będzie to fajna zabawa, więc chyba ją wykluczę.
Violetta. Nie, Leon dopiero co ją sobie przypomniał, dam im czas tylko dla siebie.
Wyliczając każdego przyjaciela okazało się, że nie mam na kogo liczyć, by poszedł z nami, no więc będę musiała iść tylko z Dj'em. Nawet dobrze się składa, bo on z jakiegoś dziwnego, niewytłumaczonego powodu lubi słuchać tego co ja opowiadam, no i nigdy nie jest zły za nawet moją największą głupotę.
Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi zbiegłam na dół i zobaczyłam go w progu.
Wychodząc z domu okazało się, że zapomniałam go zamknąć, więc musieliśmy się wrócić. I to nie raz, kilka razy. Co chwile czegoś zapominałam, ale jak zawsze nie był wkurzony.
- No i najprawdopodobniej Fran znów będzie z Marco. - wymamrotałam, a Dionisio spojrzał na mnie. - Tym razem nie będę jej zazdrościć, że ma chłopaka, a ja nie.
- No wiesz.... - chwycił się nerwowo za głowę. - To było nawet uroczę.
- Wiesz, co stwierdziła. - stanęłam przed nim i popatrzyłam mu w oczy.
- Nie wiem... Nie siedzę w twojej głowie. - chłopak zaczął się zastanawiać. - Poczekaj.... Może coś wymyślę. - uśmiechnął się. - Może to, że jestem boski i uroczy.
- Akurat nie to. - wybuchłam śmiecham, a on zrobił minę zbietego psa. - Ale jesteś. - od razu rozweselał, a ja znów zaczęłam się śmiać. - Stwierdziłam, że jak nie mogę dla siebie nikogo znaleźć... To może nie w tej grupie wiekowej szukam.
- Nie mów, że będziesz chodzić do żłobków i wyrywać niemowlaki. - zażrtował.
- Nie wpadłabym na to. - szturchnełam go delikatnie. - Ale nie o tych mi chodziło. Myślałam o osobach starszych. Może chłopcy w moim wieku są niedojrzali na to, by być ze mną.
- Ciekawy trop. - przeczesał moje włosy. - A co byś powiedziała, gdybym ja chciał być z tobą.
- Dobry żart, ale ja mówię na poważnie.
Chłopak wyglądał jak siedem nieszczęść. On nie żartował? Bo jeżeli mówił na prawdę to to by było dziwne. Jesteśmy przyjaciółmi i niczym więcej.
****
Kilka słów ode mnie.
Ktoś powiedział, że nie piszę swojego zdania pod postami.
No to teraz piszę.
Mam nadzieję, że ten rozdział się podoba Wam tak samo jak mi i.... Pytanko.
Chcecie, by Fran i Marco byli już razem? Bo ja myślę, że idealny moment? Camila ma zacząć chodzić z Dj'em czy mieć jakieś wpadki miłosne? I co będzie z Leonettą?
Mam nadzieję, że ktoś odpiszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz