Licznik wyświetleń :

wtorek, 11 czerwca 2013

Historia Violetty xd cz.20!

**Luis**
Drzwi od mojego pokoju otworzyły się z hukiem, a zauważyłem stojącą w nich włoszkę. Widać, wreszcie dorosła do mojego uroku i przyszła błagać mnie o to, bym z nią chodził. I jeszcze udaje wkurzoną... Z pewnością jej uwierzę - przyszła mi do głowy sarkastyczna myśl. - Podobam się jej..
- Hej, kochanie. - zbliżyłem się do dziewczyny i chciałem ją pocałować w policzek, ale ta zareagowała agresywnie. Spoliczkowała mnie i patrzyła ze wściekłością. - Ostro zaczynamy dzisiejszy wieczór.
- Mógłbyś zachowywać się normalnie? - udawała wkurzoną, a tak na prawdę chodziło jej o to, bym o nią się prosił. No raczej nie.. Tak mała żmija, z pozoru niewinna, ale lubi kąsać. Stwierdziłem, że pora podkręcić atmosferę.
- Juan, wyjdziesz stąd? - zapytałam bardzo miłym głosem przy okazji wypychając go z pomieszczenia, a Francesca rozłożyła ręce w futrynie, nie pozwalając mi go stąd wyrzucić. - Chcesz się wziaźć od razu za trzech? - wyglądała jakby chciała mnie uderzyć, ale nie mogła.. Oczywiście z powodu, że mnie kocha.
- Najchętniej uderzyłabym Cię, ale nie mogę.. - zaśmiałem się, robiąc przy okazji minę zalotnika. - Ponieważ jestem nauczycielką i wiemy, jakie czekają mnie konsekencje prawne. - kłamała jak z nuty, co potęgowała nasze przyciągania. Z daleka można było zauważyć tą chemię, do której się nie przyznawała.
- Przyznaj się, że podobam ci się. - w jej oczach paliły się ogniki. Pewnie podniecenia na mój widok. Nie dziwię się jej. Sam codziennie jak patrzę w lustro to jestem wściekły na moją urodę, że jest taka wielka i przez nią dziewczyny się ode mnie nie odrywają. - Skarbie... - dotknąłem jej włosów. - Pasujemy do siebie idealnie, a nasz pocałunek... Ja czułem, że ty coś czułaś. Wiem, że ci się podobało.
- Tak... - potwierdziała moje myśli. Było wiadome, że żadna mi się nie oprze. - Poczułam obrzydzenie Tobą i tym co robisz. Myślisz, że któraś dziewczyna się w tobie zakocha, jak będzie natrętny.
- No ty się zainteresowałaś. - posłałem jej całusa. - Jestem seksowny, boski, przystojny, inteligentny, uroczy, troskliwy, kochający... - wymieniałem swoje zalety. W końcu złych cech nie mam. - Czego ci jeszcze brakuje?
- Byś nie rozpieprzał moje życia! - zawołała. Gramy na gorąco.
- Daj spokój, kochanie. - złapałem ją w pasie i objąłem tak, by się nie wyrwała. - Jesteśmy dla siebie stworzeni, a nasz związek trzeba spożytkować. - mruczałem jak słodki kotek, którym jestem. Odwróciłem głowę w stronę współlokatora. - Zostaw nas samych. Musimy się lepiej poznać. - dziewczyna kopała mnie. Było oczywiste, że chciała bym mocniej tulił silnymi ramionami, bo to cudowne w nich być.
- Nie wyjdę. - postawił się wieśniak i wyrwał mi moją ukochaną z rąk. - Nie możesz jej do niczego zmuszać. - wskazał na dziewczynę. - Mnie zresztą też. - dodał zadowolony z tego, co zrobił. Chyba chce mieć we mnie wroga. Albo to ta nauczycielka mu się podoba, a nie Violetta i będzie odgrywał bohatera.
- Pff.. - machnąłem ręką. - Zrobię, co chcę. - wyszedłem ze swojego pokoju i skierowałem się przed siebie. Oby jak najdalej od tego zdrajcy, który śmiał podważyć to, co robię.

**Violetta**
Mijając domy, po których było widać, że mieszkają w nich ludzie, którzy mają sporo pieniędzy myślałam nad wszystkim, co tylko nie tyczy się mojego związku. O Angie w szpitalu. O Francesce i jej uczniu fanie. Jestem jej winna pomoc, bo to ona działa, bym była z Leonem.
Weszłam do swojego dawnego domu bez pukania. Chciałam jeszcze raz zobaczyć rzeczy mojej mamy. Dotknąć ich. Poczuć się jak ona. Są dla mnie najcenniejszym, co posiadam.
Wchodził po schodach, a stukot obcasów rozbrzmiewał w mojej głowie uroczo, jak melodia piosenki. Właściwie to zmienił się w znany mi doskonale rytm. W mojej głowie każdy dźwięk przestawił się pod to, co przekazywał tak doskonale mi znany utwór, a gdy już byłam na poddaszu wszystko rozpłyną się niczym w mgle. Stałam teraz w białej sukience, a koło mnie był Leon. Uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Możesz pocałować pannę młodą. - usłyszałam głos, w którego stronę się od razu zwróciłam. Był to niewielkiego wzrostu, już o swoich latach kapłan, na którego policzkach pojawił się rumieniec z moim spojrzeniem.
Rozejrzałam się po sali i zobaczyłam moją przyjaciółkę stojącą z już zaokrąglonym brzuchem. Podniosła kciuki do góry, ale szybko zaczęła gładzić się dłońmi... Ona chyba była w ciąży... A to co robiła było oznaką miłości jaką darzyła życie żyjące w niej. Podniosła wzrok na mnie. Była równie zadowolona, co reszta na sali.
- Możesz pocałować pannę młodą. - powtórzył kapłan, a ja zwróciłam się w stronę mężczyzny, który stał ze mną przed ołtarzem i chyba braliśmy ślub. Nie... Oczywiście, że braliśmy ślub.
Wpatrywał się we mnie, jakby nie wiedział jak zacząć, a praktykowaliśmy to już wiele razy. W końcu nie wytrzymałam i najtrafniej to określając rzuciłam się na niego, by nasze usta spoczęły w delikatnym, ale tak wiele znaczącym pocałunku. Dookoła rozległy się gromkie brawa, a ja gdy już się od siebie oddalaliśmy szepnęłam mu do ucha słowa rozgrywanej się w mojej głowie melodi:
- Las estrellas no se leer
- Y la luna no bajare. - dokończył, po czym chwycił moją dłoń i wyszliśmy na zewnątrz, a za nami wszyscy zebrani.
Dopiero zaczął się niezły cyrk, kiedy każdy z tłumu postanowił złożyć nam życzenia.
Po upływie już dluższego czasu, gdy już byliśmy na weselu i każdy tańczył oraz doskonale się bawił, ze szczególnością wskazując na Andresa, który stał w otoczeniu młodych dziewczyn, a one chichotały na każdy jego głupi tekst, ja miałam czas, by porozmawiać z przyjaciółką.
Siedziała wraz ze mną przy stole i chyba była moją świadkową.
- Który to miesiąc? - zapytałam z ciekawością, a ona popatrzyła na mnie z wyrzutem.
- Już zapomniałaś? - pogładziła się znów pobrzuchu, a ja z zaciekawieniem wyczekiwałam odpowiedzi. - Szósty. - uśmiechneła się. - Tylko obawiam się, czy tatuś podoła roli z taką kruszynką. - Francesca rozglądała się po tłumie, aż jej wzrok znalazł jeden punkt, na który się wpatrywał.
- A jaka płeć? - dopytywałam, bo było to dla mnie nowością, że moja przyjaciółka jest ciężarna.
- Dziewczynka. - popatrzyła mi w oczy. - Strasznie dziś rozkojarzona jesteś, że nie pamiętasz takich rzeczy, ale nie dziwię ci się. Sama bym pewnie była. Nie wiem, jak ja będę się zachowywać na swoim ślubie.
- Zaręczyliście się? - chciałam wiedzieć, jak najwięcej.
- Nie. - posmutniała i skupiła wzrok w białym obrusie. - Jak widać brakuje mu tej odwagi, co ma Leon.
- A dziecko to zrobić umię. - ugryzłam się w język, ale za późno, bo już to wypowiedziałam na głos. Włoszka nie była jednak zła, ale wybuchła śmiechem i dodała cały czas się uśmiechając:
- Swoją rolę też w tym miałam.

Ocknełam się tańcząc w pokoju mojej mamy z suknią ślubną mojej rodzicielki. To właśnie w nią byłam ubrana na swojej ceremoni. Nie dziwię się, bo chciałabym w niej wystąpić za jakiś czas.
Moje wyobrażenie przyniosła mi sporo radości, a ja poczułam się jakby to była jakaś przepowiednia na naszą przyszłość.
Odłożyłam strój mojej mamy na jego miejsce i zeszłam na dół do salonu, z którego dobiegały dziwne chichoty. To co zauważyłam wprawiło mnie w stan otępienia, nie mogłam nic robić, tylko stałam jak słup.

dwa dni później...
**Camila**
Wpatrywałam się w zegar wiszący na ścianie, aż jego wskazówka wybije, że ostatnia osoba z naszej grupy zakończyła już swoje lekcje i możemy jechać na wspólny weekend do domku letniskowego Marco.
Cały czas jestem pod wrażeniem tego, co łączy go z Francescą. Nawet jak zerwali to on wciąż zachowuje się jak zakochany w niej. Co do dziewczyny... Cały czas się na sobą użala, czego nie rozumiem, ponieważ mogłaby się wziąźć w garść.
Violetta od dwóch dni zachowuje się dziwnie. Wiem tylko, że jest wkurzona na swojego ojca, ale dokładnie nie powiedziała mi o co chodzi. Zaczęła każdą sekundę czasu wolnego spędzać z Leonem, to uroczę, ale ja czasami też chciałabym mieć do niej dostęp.
Chciałabym mieć kontakt z którąś z przyjaciółek, ale tymczasem Fran tylko płacze albo krzyczy, a w nocy opowiada o tym, jak tęskni za Marco. Viola nie widzi świata poza Leonem. Maxi i Naty planują ślub. Ludmiła zerwała z Tomasem i zaprzyjaźniłyśmy się bardzo, ale teraz jest u kosmetyczki, by wyglądać idealnie na naszym wyjeździ - planuje iść na podryw chłopców i radziła mi też tak zrobić, ale chyba sobie odpuściłam.
Tak bardzo czekam na ten weekend, bo liczę na odbudowanie kontaktów, bo od końca wakacji, gdy zainteresowałam się bardziej studio straciłam go w ogromnej ilości, a teraz tęsknie za normalnym rozmowami bez płaczu, bez czyjejś chłopaka czy bez gadania o mojej nie zadbanej cerze.
Zadzwonił dzwonek, a ja zerwałam się ze swojego miejsca i wybiegłam przed budynek szkolny, gdzie już stała Violetta w okularach przeciwsłonecznych z Leonem obładowanym walizkami.
- Po co ci tyle walizek na dwa dni? - ucałowałam przyjaciółkę na przywitanie.
- To nie moje. - zachichotała i szturchneła chłopaka stojącego obok niej. - Głównie to to jego rzeczy. Nie wiem, skąd on wytrzasnął tyle tych rzeczy. Mi tam starcza bielizna na zmianę, zapasowa bluzka i kostium kąpielowy, ale jemu to potrzebna cała łazienka. Gdyby miał miejsce to i przysznic zapakowałby.
- Strasznie zabawne. - odpowiedział oburzony szatyn.
- Jak się rozdzielamy? Kto, z kim jedzie? - zapytałam, ponieważ bardziej mnie to interesowało. Miałam nadzieję, że pojedziemy jakoś tak, bym mogła być z przyjaciółkami. Taki dziewczęcy samochód.
- Wpadłam na pomysł, by Francesca i Marco jechali sami samochodem. - uśmiechneła się szatynka. - Pogodziliby się, a reszta dziewczyn jechałaby samochodem Ludmiły - ty, ja, Naty, Ludmi. Trzeci to wóz Leona i tam by byli chłopacy - Leoś, Andres, Maxi, Dj i Diego.
- A co jeżeli Francesca będzie chciała jechać z nami, bo nas jest tylko cztery, a może być pięć? - zastanawiałam się, bo trzeba być na wszystko gotowym.
- Usprawiedliwimy się, że tam będzie jechać... Nie wiem... - rozmyślała dziewczyna, a po chwili zaczęła skakać jakby wpadła na coś genialnego. - Powiem, że trzymamy tam rzeczy Leona, które nie mieszczą się w jego bagażniku. - wybuchłam śmiechem, bo trochę zabawne, że chłopak tyle ze sobą bierze.
- Domyśli się, że coś nie tak. - powiedziałam do przyjaciółki.
- Ma problem. - wzruszyłam ramionami Castillo. - Może iść na pieszo.

**Francesca**
Nałożyłam ciemnę okulary przeciwsłoneczne, by nikt nie zauważył ślady po ostatnich łzach. Fakt faktem potrafie się tylko nad sobą użalać, a widzę że dziewczyny już tu działają. Muszę jechać jednym samochodem z Marco.
Nawet nie zaprotestował, więc uznałam że i ja nie będę.
Otworzyłam dach pojazdu i rozłożyłam się wygodnie. Promienie słoneczne muskały moją skórę, a ja cały czas miałam wrażenie, że czuję czyjeś spojrzenie na sobie. Za każdym razem, gdy zerkałam na Marco to uczucie znikało.
Wydawało mi się, że to on mnie obserwuje, jednak doskonale wiedziałam, że to moje złudzenie.
W radiu usłyszałam wolny rytm piosenki, a dopiero gdy już było w połowie pierwszej zwrotki zdałam sobie sprawę, co dociera do moich uczniów i z moich ust samo się wyrwały słowa:
- See somehow I can't forget you... - zerknełam na chłopaka, który prowadził samochód i wydawał się nie zwracać na mnie uwagi. - After all that we've been through. - Nadal nie odwrócił się w moją stronę, ale wiedziałam że dociera do niego przesłanie piosenki. - If you did't notice, you mean everything...
- Nie mają lepszej muzyki w radiu? - przerwał mi, a ja spojrzałam na niego.
- Jak nie pasuje ci, że śpiewam to śmiało! - zawołałam na niego. - Możesz się zatrzymać i przerzucimy rzeczy Leona do Ciebie do bagaźnika i pojedziesz sobie sam. Mi to nawet pasuje.
- Wszystko trakujesz jak zarzut do siebie? - zapytał, spojrzał mi w oczy, ale szybko skierował swój wzrok na ulicę.
- Bo to był zarzut do mnie. - skrzyżowałam ręcę na piersi i podniosłam głowę do góry. - To, że zerwaliśmy nie znaczy, że mam przestać śpiewać. Nawet romantyczne piosenki i z takim przesłaniem.
Zamilkliśmy, a ja już nie śpiewałam wraz z muzykę. Ciszę przerwał głos spikera.
- Kontynuujemy naszą nutę dla zakochanym. - przemówił mężczyzna, a ja wpatrywałam się w bezchmurne i słoneczne niebo, dziś był piękny dzień. Idealny, by go popsuć jadąc jednym pojazdem z Marco. - Zapraszam na wysłuchanie nowego hitu Pink i Nate Ruess'a. - zapowiedział.
Leżałam, oczekując jakiegoś znaku, że te piosenki puszczane podczas naszej drogi to po to, by nas wkurzyć. W końcu usłyszałam jak siedzący obok mnie, wkurzony na to, że ja wcześniej śpiewałam, Marco podśpiewywał tak, bym chyba nie usłyszała słowa chłopaka w piosence:
-I’m sorry I don’t understand where, all of these is coming from. I thought that we were fine, oh, we had everything, your head is running wild again. My dear, we still have everything and it’s all in your mind.
- Czyli mi nie wolno śpiewać, ale tobie tak? - wybuchłam. - Zatrzymaj samochód! 
- Nie! - odpowiedział.
- Tak. - chłopak zjechał na pobocze i tam się zatrzymał, a ja wysiadłam z pojazdu i zaczęłam się kręcić w kółko, bo nie mogłam powstrzymać ataku łez, który mnie naszedł.
Popłakałam się, ale odbiegłam od chłopaka, by tego nie zauważył.
- Jedziemy już! - krzyknął, a ja stałam dalej jak słup, odwrócona do niego plecami. Usłyszałam jak ruszył z miejsca i odjechał, zostawiajać w... nie wiem czym. Środek czarnej dupy.
Nie mineła nawet munuta, a on już zawrócił i zatrzymał samochód niedaleko mnie.
- Daj spokój! - zawołał, a ja usłyszałam jak otworzyły i zamkneły się drzwi od samochodu, co oznaczało że z niego wysiadł. - Mieliśmy jechać mniej więcej w tym samym tempie. Jedno za drugim.
- Nie obchodzi mnie to. - wyciągnełam telefon z kieszeni. - Zadzwonię po Violettę, by zawróciły po mnie. Pojadę z nimi. - spojrzałam na wyświetlacz i od razu rzuciłam urządzeniem, gdzieś w głąb polany. - Kurwa! Brak zasięgu.
Nic nie odpowiedział, niczego nie słyszałam.
Wydawało mi się, że stoję sama na środku jakiegos zadupia bez szans na cokolwiek.
Przed moją twarzą pokazał się mój telefon, który trzymał w ręku brunet tuż przed moją twarzą. Chyba pobiegł za nim, by go wyciągnąć.
- Dlaczego tak łatwo z nas zrezygnowałeś? - zdjęłam okulary, spojrzałam mu w oczy i zaczęłam płakać, a on mnie przytulił. - Nie ufasz mi, a ja Cię nie zdradziłam. - Marco delikatnie gładził moje włosy. - Mi na prawdę zależy na tym, byśmy do siebie wrócili, ale tobie chyba nie. - dokończyłam swoją wypowiedź, po czym wyrwałam się z jego uścisku i skierowałam się w stronę samochodu: - Jedziemy! - zakomendowałam. - Pewnie już się martwią.                                                                                                                                                   20 część!Ale super!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz