Licznik wyświetleń :

sobota, 8 czerwca 2013

Historia Violetty xd cz.17

**Francesca**
Cała grupa się zebrała, ale panowało takie zamiesznie, że żaden z nauczycieli nie mógł uspokoić swoich uczniów. Szukałam w tłumie Marco i gdy znalazłam go w tłumie zauważyłam, że też na mnie patrzy. Podniosłam ręcę i pokazałam dwa kciuki w górę. Jego spojrzenie spowodowało, że nabrałam siły.
- Cisza! - zawołałam, a cały tłum zwrócił swoją uwagę na mnie. Nawet nauczyciele byli w szoku. - Jeżeli nie zbierzecie w grupy, możecie spodziewać się sprawdzianu z historii muzyki! - zakomendowałam, z uczniowie wyglądali w tym momencie jak w wojsku, wszyscy na baczność. - A teraz... - wskazałam na drzwi. - Moja grupa wychodzi z sali.
Ruszyłam w stronę swojej sali, a za mną szła cała grupa. Kiedy już wszyscy usiedli na swoich miejscach jeden z uczniów podniósł rękę, a ja wskazałam, że może pytać. 
- Lubię jak kobiety rządzą. - cała klasa wybuchła śmiechem, a ja skrzyżowałam ręcę na piersi i zmarszczyłam brwi, myśląc na odpowiednią karę dla chłopaka. - I ładnie pani wygląda.
- Dziękuje. - stanęłam przy swoim biurku i oparłam się o nie dłońmi, chciałam by nie było widać jak mnie denerwuje chłopak, który chyba chciał zabłysnąć przed klasą. - Nazywam się Francesca Capuletti...
- Jak Julia. - puścił do mnie oczko.
- Jeszcze jeden komentarz i wyjdziesz za drzwi. - nie wytrzymałam. - A więc... Nazywam się Francesca Capuletti i od tego roku będę Waszą wychowawczynią. Myślę, że rozumiem wasze problemy, bo sama nie dawno je przechodziłam. Ze mną możecie porozmawiać o wszystkim i jakby coś przeszkadzało, nie wstydźcie się zgłaszać. - chłopak, który już działał mi na nerwy podniósł znów rękę, ale ja kontynuowałam. - Zdecydowałam się, że zamieszkam w hotelu niedaleko studia i w razie potrzeby chętnie  pomogę nawet po zaję...
- Dziś wieczorem wpadnę. - przerwał mi chłopiec, ale klasa tym razem nie zareagowała, co go bardzo zaskoczyło, więc ciągną swój beznadziejny temat o szampanie, wannie i czymś tam.
- Dziękuje za ten poruszający monolog. - powiedziałam, gdy zakończył swoją przemowę. - Jak obiecałam wysłucham każdego, a teraz proszę skierować się wychodząc z sali prosto i skręcić w drugi korytarz po lewej do dyrektora.
- Dyrektorowi dziecko się rodzi, nie ma czasu na mnie. - uśmiechnął się i dodał: - A to ciekawe... Tak przejmuje się dzieckiem swojej pracownicy. To jego? Z każdą tak współpracuje?
- Wyjdź z sali!
Podniósł się ze swojego miejsca i zabrał plecak, wychodząc z sali minął się z Marco.
- Uważaj. - rzekł do meksykanina. - Ładna, ale lubi rządzić.
Znów skrzyżowałam ręce na piersi.
- Jakoś to znoszę. - poklepał chłopaka po plecach jak wychodził. Marco zbliżył się do mnie. - Nie przetrzymuj tyle uczniów. Oni też chcą odpocząć.
- A poprosiłeś uczniów, by się przedstawili? - pokręcił przecząco głową. - Jak to? Zawsze muszę o wszystkim za Ciebie myśleć. Jakby nie ja to byś przyszedł tu w samych bokserkach. - uczniowie zaśmiali się. 
- Mógłbym. - odpowiedział Marco. - A chciałabyś?
- Wyjdź stąd ja prowadzę lekcje! - chłopak wyszedł, a ja zwróciłam się do siedzących i bacznie mi się przyglądających uczniów. - Chcielibyście się przedstawić? Kto zacznie?
Wstała jakaś wysoka szatynka z blond końcówkami.
- Nazywam się Marika. - zaczęła dziewczyna, a wszyscy na nią spojrzeli. - Przyjechałam z Węgier. W Buenos Aires na razie nie mam nikogo, ale lubię poznawać ludzi. - od razu przysuneli się do niej jacyś chłopcy i gadali jakieś słabe teksty, które chyba miały być "na podryw".
- Dobrze... Kto jeszcze chętny jest się przedstawić?

**Pablo**
Kręciłem się niespokojny po korytarzu szpitala. Nie wiedziałem, co mam robić. Jestem pierwszy raz w takiej sytuacji. Nie wiem, co się z nią dzieje, ani nic. Violetta chciała tu przyjechać, ale się nie zgodziłem.
- Galindo Pablo? - zapytał lekarz, a ja kiwnąłem twierdząco głową. - Matka pani Saramego wskazała pana jako ojca dziecka? - powtórzyłem poprzedni gest. - Dobrze, a więc... Z pana partnerką wszystko w porządku, jest zmęczona i nie będzie mógł się pan z nią dzisiaj widzieć. - westchnąłem z ulgą. - Co do dziecka... - obawiałem się najgorszego. - Urodziło się w 6 miesiącu ciąży, cały czas walczymy o jego życie. 

**Tomas**
Idę sobie przez park jak bóg tego miasta, wszystkie kobiety się za mną oglądają. Oczywiście... Jak Zeus mogę mieć ponad siedemdziesiąt dzieci, a to tylko te znane mitologi. 
Zauważyłem parę siedzącą na ławce i trzymającą się na ręcę. Mnie weźmie każda dziewczynka, przecież to nie kretynka. Podeszłem do niej i zrobiłem jedno z serii moich czarujących i uwodzicielskich uśmiechów, a ona wybuchła śmiechem.
- Zostaw pozera. - wskazałem na chłopaka, a potem skierowałem rękę na siebie. - I wybierz bohatera.
- A to dobre. - uśmiechneła się dziewczyna. - Ale chyba zrezygnuje.
- Wolisz jego ode mnie? - zamurowało mnie to co powiedziała. Przecież to nie możliwe. Tylko ja jestem tak słodki. Tak uroczy. Tak dobry. Tak wspaniały. Tak inteligentny. Tak skromny.
- Jakoś tak wyszło. - chwilę później skierowała swoje spojrzenie na tego, co siedział obok niej. On mi do pięt nie dorastał. To znaczy... Chyba jak wstanie będzie o głowę wyższy. - Zajmij się natrętem.
- No, no, no. - pomachałem palcem dziewczynie przed twarzą. - Tomas, nie dla idiotów. Jak nie doceniasz, że zesłano do Ciebie taki dar, to twoja sprawa. Ja znam swoje prawa.
Oddaliłem się od nich z charakterystycznym machnięciem ręką i pokręciłem tyłkiem. Niech wie, co traci. Najwspanialszego człowieka jaki istniał. No i oczywiście... Mnie!

**Leon**
Usiadłem koło Violi. Była zdołowana. Objąłem ją ramieniem, a dziewczyna zaczęła płakać. Nie wiedziałem, o co jej chodzi, ale stwierdziłem, że poczekam, aż sama mi to powie.
- Dlaczego? - łkała szatynka w mój rękaw i wytarła sobie o niego  łzy. - Dlaczego? Angie.. Ona... Jej dziecko jest zagrożone. Tak się cieszyłam, że bedę mieć kuzynkę.
- Oh. - westchnąłem. - Violu... Nie możesz być złej myśli.
- Ale... Ale co ja... - nie mogła się wysłowić. Pogłaskałem jej głowę. - Ale co ja mam innego... Innego robić? Kiedy ona jest w tak kiepskiej sytuacji. - od zawsze wiedziałem, że jest bardzo wrażliwa.
Mimo wszystko. Mimo tej wrażliwości. Nie może tak myśleć. Nie można być pesymistą. Mie póki jest przy mnie. Muszę ją jakoś rozweselić inaczej... Inaczej nie wiem co.
Nienawidzę, kiedy jest smutna.
- Zamieszkasz ze mną w hotelu dla nauczycieli? - zapytałem, by zmienić temat.
- Żartujesz sobie? - popatrzyłam na mnie zaskoczona, ale jednocześnie widziałem w jej oczach lęk. - Mój ojciec mi nigdy na to nie pozwoli. - machneła ręką, by pokazać jakie ma szanse.
- Ma dziewiętnaście lat. - chwyciłem ją za rękę, a ona spojrzała mi w oczy. - Jesteś dorosła. Sama pracujesz. Zarabiasz na siebie. Moglibyśmy razem mieszkać. - po jej policzków spłyneła łza.
- Dwa lata temu... - szlochała, nie sądziłem że znów się popłaczę. - Dwa lata temu nie sądziłam, że się zakocham. Myślałam, że całe życie będę pod okiem mojego ojca i to będzie jedyny mężczyzna w moim życiu. - chciałem jej przerwac, bo co chwile lały się z niej coraz większe strumienie łez. - Jednak poznałam Ciebie. Wykręciłeś moje życie o trzysta szećdziesiąt stopni, ale nie wiem, czy jestem gotowa mieszać bez ojca, z moim chłopakiem.
- Nie zmu...
- Daj mi skończyć. - przerwała Viola. - Mimo wszystko. Chcę z tobą zamieszkać i ojciec się nie liczy. Nie liczy się, czy on się zgodzi. - pogłaskała mój policzek. - Pragnę wreszcie żyć w całości. Być kimś, kim chce.
- A chcesz zobaczyć mieszkanie hotelowe? - popatrzyłem na nią, a on od razu rzuciła mi się na szyje.
- Oczywiście.
Zmierzaliśmy w stronę hotelu, które wcześniej wskazał nam Gregorio. Musze przyznać, że zrobił się mniej denerwujący i trochę milszy. Oczywiście... Jak to na Gregoria możliwe.
Weszliśmy do pomieszczeni, a mnie prawie zbiło z nóg. Nauczyciele mają do dyspozycji nowoczesny salon, w kolorach bieli i czerni, które powodują, że czuję profesjonalizm tego miejsca i spokojność.


- Jak tak wygląda salon, to ja chcę już zobaczyć pokoje. - uśmiechneła się Violetta.
- Ciekawe, skąd oni wzieli na to pieniądze? - zastanawiałem się.
- Studio ma w tym roku, o wiele, wiele więcej sponsorów, którym spodobało się ściągnięcie ludzi z różnych kraji. - usłyszałem Camilę za swoimi plecami. - Przez czas, kiedy wy bawiliście się pod koniec wakacji ja pracowałam nad tymi pomieszczeniami z projektantami. - oboje z Violą wytrzeszczyliśmy oczy i po chwili rozległy się brawa dla niej. - Dzięki, ale ja głównie decydowałam iloosobowe mają być pokoje na górze, czy łóżko dwuosobowe i tak dalej. - pokazała na nas dwoje otwartą dłonią. - Dla wam z łóżkiem dwuosobowym. 
- Jesteś boska! - zawołała Violetta na przyjaciółkę.
Zauważyłem, że po schodach zbiega wkurzona Francesca z jakimiś miesiami, które nie mieściły jej się w rękach i co chwilę jakiś wypadał. Zastanawiałem się, co z nowu się stało.
- Oddaj mi je! - usłyszałem głos Marco.
- Nie! - krzykneła włoszka. - Dorośnij wreszcie! Nie mam miejsca, by rozłożyć swoje rzeczy, bo twoje misie zajmują większość szafek. - wybiegła z hotelu i z daleko spostrzegłem, że wrzuciła pluszaki do śmietnika. 
- Jak mogłaś? - pytał zrozpaczony Marco. - To całe moje dzieciństwo!
- Mówiłam, że ci to zawsze mają problemy. - Camila schowała głowę w dłonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz