**Leon**
Siedzieliśmy wszyscy przy dużym stole w jadalni i jedliśmy śniadanie. Już ponad dwa tygodnie, nawet prawie trzy tu mieszkamy i chyba przywykłem już do porannych awantur Francesci, o tym jaki zły jest Marco i jak bardzo musi się nacierpieć. Oczywiście, podwyższa zawsze moją samooceną, krytykując go że nie jest tak cudowny jak Leon.
- Ej! - zawołała włoszka, a ja byłem gotów na najgorsze. Na najdłuższą i oczywiście, ciekawą jak w moich telenowelach kłótnie. - Może pojedziemy w ten weekend do domku letniskowego Marco?
- Może byś mnie zapytała o zdanie? - rzekł wkurzony chłopak.
- Dobra. - zgodziła się i zaczęła naśladować ich głosy. - "Kochanie, zgadzasz się byśmy pojechali do twojego domku?", a ty byś wtedy odpowiedział coś w stylu "Jak sobie życzysz, skarbie".
- Nie prawda. - zaprzeczył.
- Oj, chłopak. - poklepałem go po plecach. - Jak ona już decyduje o tym, co twoje to się martw.
- Nie decyduje. - zareagował niemal natychmiast.
- Kochanie, zgadzasz się byśmy pojechali do twojego domku letniskowego? - chwyciła go za rękę.
- Jak sobie życzysz... - wszyscy wybuchli śmiechem, bo było jak mówiła dziewczyna. - Francesco. Widzisz! Jest inaczej niż mówiłaś.
- No to co wy na to? - włoszka zwróciła się w naszą stronę.
Nie wiem, dlaczego ale wszyscy zareagowali z entuzjazmem na tą wiadomość. Chyba chcieli się wyrwać z Buenos Aires. Ja zresztą miałem taką samą ochotę. Zwłaszcza, gdy dowiedziałem się, że Juan chodzi do tej szkoły i jest moim podopiecznym. Co najgorsze, to Violetta uczy ich śpiewu.
- Ludzie! - odezwała się Naty. - Za pięć minut mamy lekcje, więc może zwijajmy się do szkoły, a nasze plany odnośnie domku Francesci. - wszyscy się zaśmiali, Naty też ze swojej głupoty. - Przepraszam, Marco. Twojego domku. Chodziło mi o to, że odłóżmy te plany na później.
Cała nasza "paczka" się rozeszła. W swojej sali byłem niemal ledwo z dzwonkiem.
Jakie było moje zadowolenie, kiedy tego dnia, Juan spóźnił się na lekcje.
- Juan! - krzyknąłem na chłopaka, a on stanął na baczność. - Dziś mam zły humor, a skoro wbiegłeś teraz do sali, potraktuje to jak zgłoszenie do odpowiedzi. - wieśniak, przepraszam, uczeń nie wiedział o co mi chodzi.
**Francesca**
Jak tylko zobaczyłem, że dziś spóźnił się mój zalotnik to już czułam, że będą głopoty.
- Przyszedłeś na ostantnie pięć minut. - zwróciłam mu uwagę. - Nawet nie pięć, tylko dwie. Masz nieobecność na lekcji, nie opłacało Ci się już przychodzić.
- Oj, skarbie. - zamruczał siadając koło koleżanek. - Odpłacę się dziś wieczorem.
- Dziś to ja zgłoszę do dyrektora jak się zachowujesz. - złożyłem ręcę na piersi i zwróciłam się do reszty klasy. - A więc mówiliśmy, o właściwy ustawieniu i jak ono działa na nasz...
- Nie bądź tak zimna, bo moje gorąco cię stopi. - zawołał chłopak, a cała klasa wybuchła śmiechem.
- Nie bądź taki gorący, bo nie wiem która dziewczyna wytrzyma ten żar. - odpowiedziałam mu, a on puścił oczko w moją stronę. - Jak się nazywasz? - zapytałam.
- Tyle razy do tego wzdychasz, a zapomniałaś? - popatrzył na mnie, chyba kokieteryjnym spojrzeniem, co bardziej przypominało minę zbitego psa. Czy on się tego uczył od Tomasa? - Nazywam się Luis.
- Cesare, zostaniesz dzisiaj po lekcjach. - zakomendowałam, sama wydając na siebie wyrok.
- Już każdemu chwalisz się naszymi spotkaniami, sam na sam? - zapytał z ironicznym uśmieszkiem, obejmując dziewczyny siedzące obok niego, a one natychmiast się odsuneły.
- Nie, nie będzie to spotkanie sam na sam. Zaproszę także dyrektora.
- Trójkącik?
- Dla twojej wiedzy to figura geomtryczna. - zadzwonił dzwonek, na szczęście. Myślałam, że wybuchnę. Może, po dzisiejszym dniu uda mi się go pozbyć. Gdy wszyscy wyszli z sali chłopak zamknął drzwi od sali.
Zastanawiałam się, co tym razem zrodziło się w jego głowie.
- Proszę wyjść na przerwę. - rozkazałam i wskazałam na drogę wyjścia, ale on zmierzał w zupełnie inną stronę. Zbliżył się do mnie, a ja poczułam się jak w potrzasku. Co ze mnie za nauczycielka, jak nie mogę sobie poradzić z jednym uczniem. Chwycił moją dłoń i nie dał mi się wyrwać. - Proszę, odsuń się. Jestem twoją nauczycielką, a ty moim uczniem. Zrobię tak, że wylecisz z tej szkoły.
- Szantażowanie jest złe. - pogłaskał mnie po policzku, a ja odwróciłam się w inną stronę. Pierwszy raz czuję się jak w potrzasku. - Wiesz, że jestem od ciebie silniejszy, więc nie uciekniesz. - ujął moją twarz w dłoń i skierował tak, że patrzyłam mu w oczy. - Spodobałaś mi się, niemal od razu. Co włoskie, to spory temperament, a jak dzewczyna myśli, że jest silniejsza i może rządzić, to jeszcze fajniej.
- Za to jak chłopak jest strasznie nachalny to wkurza. - parsknęłam mu w twarz.
- Pomyślmy.. - zaczął, a ja już bałam się jego słów. - Ja wiem, czemu ty mnie tak odrzucasz.
- Bo jestem twoją nauczycielką? - zapytałam, ale on mi przerwał.
- Może... Może ty się po prostu boisz. - uśmiechnął się arogancko. Tak, boję się. Boję się, co on mógł wymyślić. Jeszcze dziś wyleci ze szkoły. - Boisz się, że Ci się spodoba. - wybuchłam śmiechem, że aż zaczęłam się kręcić w jego uchwycie, co sprawiło że przycisnął mnie, chyba z całej swojej siły do biurka. - Może jestem lepszy od twojego chłopaka. Swoją drogą, ciekawe co by było, jakby dowiedział się od ucznia, jak smakuje jego dziewczyna.
- On tu ma zaraz przyjść. - chłopak przypomniał mi, że byłam umówiona na teraz z Marco, co sprawiło że rozluźniłam się trochę. - Także nie wiem, czy twoja ocena z muzyki będzie dobra.
- Kochanie... - zamruczał, przeczesując moje włosy. - Zastanawiałaś się jak zareaguje, gdy zobaczy Ciebie całującą się z uczniem? - zapytał, a ja znów chciałam się zaśmiać.
- Nie pocału...
W jednej sekundzie chłopak przerwał mi całując mnie, a ja usłyszałam jak otwierają się drzwi od sali. Zawsze mam takiego pecha. Mógł przyjść chwilę później, chociaż... Wydaje mi się, że było zaplanowane przez ucznia. Pocałuje mnie jak do sali wejdzie Marco. Tylko, dlaczego jest taki bezczelny i chce zepsuć mój związek.
Odsunął się ode mnie, a ja zobaczyłam meksykanina, stojącego przy drzwich jak słup. Nie wiedział co się dzieje. Ja też nie ogarniałam tego, co jest wokół. Luis postanowił rozegrać to w taki sposób, by zepsuć mój związek.
- Jak zawsze... - powiedział mój chłopak, wychodząc z sali.
Wybiegłam za nim, ale gdy znalazłam się na korytarzu go już nie było.
**Camila**
Usiadłam przed sceną w mojej sali, na której zbierali się już uczniowie. Klasa Francesci, zawsze ma po zajęciach z wychowawczyną lekcje ze mną. Nawet fajnie. Miłe osoby są w jej grupie.
- Dobrze... - przeglądałam listę, w końcu doszłam do osoby, na którą zareagowała cała klasa. - Luis...
- Został zabawiać panią. - odpowiedział jeden z uczniów.
- Nie wygłupiaj się. - szturchneła go ruda dziewczyna siedząca obok żartującego chłopaka. - Wiesz doskonale, że on ma jakiegoś bzika na jej punkcie. Biedna kobieta. - postanowiłam wsłuchać się w dyskusję uczniów.
- No i? - uśmiechnął się niski brunet. - Jakby nie dawała mu znaków, że jest chętna to dałby sobie spokój.
- Wam to zawsze, każda dziewczyna daje znaki. - wyrwała się jakaś blondynka w drugim końcu sali. - Zresztą.. Każdemu z Wam pani Capuletti daje ciche sygnały. Po prostu chcielibyście tego, ale nie możecie znieść że jest zajęta i odrzuca was. To straszne! Chyba się popłacze z Waszego pecha.
- Jest zajęta? - zapytał któryś z chłopaków, siedzących na scenie. - Szkoda.
- Ej! - przerwałam debatę, która zapanowała wśród klasy. - O co chodzi?
- O to, że mają nie okiełznaną ochotę na poderwanie nauczycielki. - zawołała ruda dziewczyna. - Niech pani uważa, bo też wpadnie któremuś w oko. - wskazała na chłopaków, którzy śmieli się.
- Ja mogę zadowolić się panią! - usłyszałam głos, nie wiem skąd.
- Dość tego! - krzyknełam na nich. - Każdy, kto postanowi być natrętnym dla nauczycielki dostaje uwagę. - powiedziałam, a oni zamilkli. Nikt z nich nie chce wylecieć ze szkoły, a wiedzą że szybko mogą. - Zaczynając od Luis'a, o którego zachowaniu informuje dyrektora.
**Violetta**
Wchodząc do szpitala miałam ze sobą swoje obawy. Co się dzieje z Angie? Jak się czuję dziecko trzymane w inkubatorze. Kobieta to ma pecha. Taki maluszek w tak poważym stanie.
Wahałam się, przy otwieraniu drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz