**Violetta**
Obudziłam się ze starsznego snu. Miałam wypadek. Wraz z Leonem. I to jeszcze przeze mnie. Dobrze, że był to tylko zły sen.
Próbowałam się rozciągnąć na łóżku, ale coś blokowało mi ruch. Otworzyłam oczy leżałam w szpitalu. Czy to co mi się śniło to prawda? Obok mnie siedział ojciec, płakał.
- Co się dzieję? - ledwo wypowiedziałam te słowa. Nie mogłam mówić, coś mi blokowało głos.
- Viola? Violetta? - mój ojciec wyglądał, jakby zobaczył ducha. Co się stało, gdy ja spałam. - Ty żyjesz?
- No, a wyglądam na martwą. - uśmiechnełam się promiennie.
Mężczyzna siedzący obok mnie schował głowę w dłoniach.
- Wiedziałem, że ten Leon to nieodpowiedzialny chłopak. - zaczął, nie wierzyłam w to co słyszę. Mój skarb tak się starał, by mu zaimponować i on teraz tak o nim mówi? - Dlatego myślę, że najodpowiedniejszą decyzją będzie, jeżeli wyprowadzimy się do Japoni.
- Nie znam japońskiego. - zauważyłam. Nie chciałam wyjeżdżać. Nie teraz. Gdy Leon leży najprawdopodobniej nadal w szpitalu.
- Nauczysz się, jesteś bystrą dziewczynką. - wyglądał na osobę dumna, że swojego szczeniaczka, który nauczył się jakiejś komendy.
- Nie jestem dziewczynką. - podniosła się i usiadłam na łóżku. - Jestem już dorosła. Gdzie jest Leon?
- Violetto, nie będziesz się z nim widywać. - miał poważną minę. - To dla twojego dobra.
- Moim dobrem jest to, że będę nieszczęśliwa i zostanę na zawsze starą panną, która mieszka u zrzędnego bogatego biznesman'a i będę u niego sprzątać. - wykrzyczałam mu w twarz.
- Nie mów przykładem Olgi. I nie jestem zrzędnym biznesmenem. - poprawił krawat.
- Nie chodziło mi o Olgę, ale z tobą to prawda. Nie potrafisz się pogodzić, że ja jednak dorastam. Że już nie jestem córeczką tatusia. Że już nie jesteś najważniejszym mężczyzną w moim życiu. - oderwałam wszystko co łączyło mnie z urządzeniem szpitalnym. - To Leon nim jest. Kocham go i nie zabronisz mi się z nim widywać. - wybiegłam na korytarz, a on wybiegł za mną.
- Violetto! - był wściekły. - On cię prawie zabił!
- Nie, tato. Nie byłeś przy tym! To ja go zabiłam. - na samo wspomnienie tego zachciało mi się płakać. Zakręciło mi się w głowie. Usiadłam pod ścianą i schowałam twarz miedzy kolana. - N-n-no... Może, nie zabiłam. Jednak to nadal wsyzstko przeze mnie.
- Oh ... - powiedział to trochę tak jakby Viola była rozkapryszonym dzieckiem, które nic nie rozumie. - Violu, kochanie. Zrozum, że będzie lepiej jak nie będziesz z osobą, która spowodowała, że jesteś tutaj. Musi ponieść karę za to co zrobił i nasi prawnicy na pewno wygrają proces z nim.
Zamdliło mnie, jak on może być moim ojcem. Nic nie rozumie.
- Nie rozumiesz, on nie chciał przyśpieszyć. To ja przyśpieszyłam. - powiedziałam.
- Nie bierz na siebie jego winy. - powiedział bez żadnych uczuć. - Trzeba to zakończyć.
- Nie tato. To twoja wina. - postanowiłam zmienić taktykę. - To ty nie pozwoliłeś mi zdawać na prawo jazdy. Gdyby nie ty mogłabym sama jechać.
- Violu, nieładnie tak zwalać na kogoś winę. - pouczał German, tylko tak go teraz mogę go nazwać, nie jest już moim ojcem.
- Sam tak robisz z Leonem. - powiedziałam. - Przecież to tak na prawdę twoja wina. Nie widzisz tego?
- Dobra, wiesz. Dajmy z tym spokój. To jest niczyja wina. Idę, bo mam ważne spotkanie biznesowe. - i odszedł ode mnie.
Nawet dziś. Kiedy jestem w szpitalu? - pomyślałam. Nie chciałam nad tym się zastanawiać. Biegłam wzdłuż korytarza, muszę znaleźć Leona.
Nie patrzyłam przed siebie, nie widziałam czy ktoś idzie obok mnie czy nie. W końcu wpadłam na jakąś osobę. Była to niska blondynka.
- Dlaczego tyle dzieciaków biega po szpitalu? - zapytała. - Czy to jakiś nowy trend.
- Gdzie mogę znaleźć Leona Verdasa? - popatrzyłam na nią błagalnym wzrokiem. Ona musi coś wiedzieć. Dziewczyna uśmiechneła się.
- To ty z nim jechałaś motorem? - wskazał na salę. - Właśnie wracam od niego. Są u niego przyjaciele. Tylko .... On jest w śpiączce.
Nie wiedziałam jak na to zareagować. Podeszłam do wskazanych drzwi. To tam leży. To tam go zobaczę. Nacisnełam klamkę, drzwi się otworzyły.
**Francesca**
Siedziałam na swoim łóżku szpitalnym. Czekałam na wypis. Dziś miałam się widzieć z Tomasem. To niesamowite! Nie widziałam go od lotu samolotem, nie wiem czemu tu nie przyszedł.
Drzwi się uchyliły. Może to on.
- Hej, Fran. Przyniosłem twoją kosmetyczkę jak prosiłaś. - w drzwiach zobaczyłam uśmiechniętą buzię Marco. Przychodzi tu codziennie i siedzi cały dzień. Wspaniały przyjaciel. - Mogę wejść?
- Oczywiście. Potrzebuję jej. - powiedziałam. - Wchodź, wiesz ... Dziś widzę się z Tomasem, więc muszę się jakoś przygotować.
Chłopak nagle posmutniał, ale chwile potem zapytał:
- Idę do bufetu. Przynieść Ci coś?
- Hmmm.. Nie wiem, może coś do picia. Wybierz sam.
- Dobra, ale żeby nie było, że będziesz narzekać.
Wychodząc w drzwiach minął się z dziewczyną, która leżała ze mną w jednej sali. Gdy on wychodził obejrzała się za nim i zlustrowała go. Wydawało mi się, że przyglądała się jego .. tyłku. Jak ona tak może... Przecież on tu do mnie przychodzi. Jestem zazdrosna? - zastanawiałam się. - Nie, to niemożliwe. To Marco. Marco jest przyjacielem.
Zaczełam się malować. Moja wspólokatorka ze szpitala usadowiła się na siedzeniu obok mnie.
- Ale masz wspaniałego chłopaka. Siedzi tu codziennie. Szkoda, że ja takiego nie mam. - rozmarzyła się. Co ona powiedziała? Ja i Marco? - Jakby był jeszcze dobry łóżku to brałabym go, oj brała i na Ciebie uwagi nie zwracała. - kredka do oczu wypadła mi z ręki. - Oj, nie martw się. On jest Ci wierny i w kółko dookoła Ciebie skacze.
- Tylko, że... my nie jesteśmy .. razem - ledwo wypowiedziałam te słowa.
- Na prawdę? - dziewczyna była w szoku. - Przecież on tu siedzi non stop, jak śpisz gładzi cię po policzku, co chwile poprawia kołdrę i poduszkę, by było ci jak najwygodniej. - teraz to ja byłam zdziwiona. Marco? Czy to możliwe, że on ... - Zresztą jak nie śpisz to tak samo. W kółko w około Ciebie skaczę. Myślałam, że jesteście razem.
Drzwi znów się otworzyły. Tym razem stał w nich Tomas z jakąś torebką i moim lekarzem.
- Dobrze, Francesco .. - zaczął dokotor i spojrzał w karty. - Jesteś wolna. Możesz iść.
- Dziękuje - uśmiechnełam się i pobiegłam do Tomasa, po czym go przytuliłam. - Co jest w tej torebczce? - zapytałam zaciekawiona.
- To niespodzianka.
Podeszła do swojego łóżka, by wziąć swoj,ą torebkę, a moje rzeczy w walizce zabrał mój chłopak. Kiedy podeszłam do dziewczyny, z którą dzieliłam salę, by się pożegnać.
- On na Ciebie nie zasługuje. - wskazał głową na Tomasa. - Mrugnął do mnie, gdy Cię przytulał. Ten Marco ... On jest lepszy.
- Dobra, dobra. - powiedziałam i spojrzałam na nią wkurzona. - Nie oszukuj, widzę że Ci się podoba mój chłopak i dlatego tak mówisz.
**Camila**
Wziełam swój telefon do ręki. Teraz. Albo nigdy.
Wpisałam numer Broadway'a ... Kilka sygnałów i znów poczta głosowa. Skoro tego chce, to to koniec.
- Posłuchaj nie będę tolerować, że mnie ignorujesz. - krzyczałam do słuchawki. - To koniec. Definitywnie. Ale pewnie Ci nawet nie żal.
KONIEC ROZDZIAŁU DRUGIEGO
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz